Spośród kilku umiejętności jedna, dość uciążliwa, sprawia mi kłopot. Umiejętność, nie wynikająca z treningu, ani nie poparta świadomą praktyką – wybuchanie złością i gniewem.

Ileż bym dał, aby się od tego uwolnić. Zwykło się mówić, że gniew lub złość pojawia się, gdy tracimy kontrolę nad sobą. Emocje muszą znaleźć ujście, niczym para buzująca pod pokrywką garnka. Często dzieje się to w sposób nagły, nieoczekiwany i nie wskazujący, że ciśnienie rośnie, ubywa sekund na wyświetlaczu zegarowej bomby i nieuchronnie zbliża się bum! Nie ma szczególnego prologu, ani rozbudowanych etapów wstępnych. Być może to kwestia nawyku: gniew jest łatwy i przynosi ulgę, szybko wchodzi w krew.

Warto traktować siebie z właściwym namysłem i zastanawiać się nad mechanizmami rządzące naszymi zachowaniami. To sugeruje czytanie i studiowanie odpowiednich źródeł naukowych.

Co konkretnego wynika z tego, że potrafimy objaśnić działanie tych wszystkich przekładni i zaworów, które odpowiadają za hydraulikę ludzkiej osobowości? Znając je, odzyskujemy częściową kontrolę lub jeszcze częściej tylko poczucie, że ją posiadamy.

Warto inaczej spojrzeć na gniew.

Anger is one of the densest forms of communication. It conveys more information, more quickly, than almost any other type of emotion.

Ciekawa konstatacja, nieprawdaż? Pojawia się we wstępie artykułu „Anger”. Gniew jest opisany jako stan uciążliwy, ale wiążący się z potencjałem do wykorzystania i twórczego, świadomego przekształcenia. To, co proponuje Ken McLeod, to zestaw praktyk i technik, osadzonych w buddyjskiej tradycji. Jest mi ona w tym sensie bliska, że mówi o psychologicznym wglądzie w psychikę wolnym od religijnego kontekstu. Ćwiczenia mają walor terapeutyczny.

Czytanie nie zmienia człowieka, jeśli to, co przeczytaliśmy nie współgra i nie splata się z naszą codziennością. A codzienność to aktywność życiowa. W tym przypadku praktyka. Artykuł nie wyznacza więc mety, lecz punkt startu i kierunek. Najważniejsze przede mną.