Część z Was zna osoby, które piszą i nawet własnym sumptem wydają książki, więc ma orientację, jak bardzo owe starania przypominają drogę przez mękę. Są naznaczone momentami głębokiego zwątpienia, czy w ogóle warto się pisaniem parać.  

Powiedzieć, że dobra literatura się broni sama, to ujawnić kawałek prawdy. Bez drugiej połowy, która dotyczy promocji, nie ma prawdy o pisaniu. Pisanie ma sens głównie wtedy, gdy spotyka na swojej drodze czytelnika. Owszem, miewa znaczenie autoterapii, ale nie znam autora np. kryminałów lub biografii, który powiedziałby, że pisze dla satysfakcji lub samopoznania. Spełnienie w pisaniu zakłada relację z drugą osobą, która bierze do rąk książkę i tworzy z nią własną osobistą relację.  

INSPIRACJE 

Co więc można powiedzieć o setkach tysięcy osób, które czytają książki Pizgacza? Kogo? Nie pomyliłem się i niczego nie wymyśliłem. Wyjaśniam: Pizgacz to pseudonim nastolatki, która opublikowała w serwisie Wattpad kilka książek, komunikując się ze swoimi czytelnikami m.in. za pośrednictwem Twittera. Za pomocą tweetów dzieli się wątpliwościami na temat tekstu, powstających rozdziałów i szykowanego (w niepewności na reakcję fandomu) epilogu ostatniej powieści.  

“Burn The Hell” oceniło 180 tys. osób. Powieść ma ponad 3 miliony odsłon. Fenomen popularności Pizgacza byłby łatwy do wyjaśnienia, gdyby chodziło o wideo na YouTubie lub instagramową fotkę, ale tu chodzi o książkę. Do głowy by mi nie przyszła opisana sytuacja i pewnie dla wytrawnych redaktorów to także novum. 

Nie sugeruję naśladowania Pizgacz. Proste kopiowanie często prowadzi na manowce, ociera się o żenadę i niezamierzoną parodię. Podaje tą historię jako inspirację – należy główkować (ale nie za dużo), mieć oczy i uszy szeroko otwarte. Gdzieś ciągle pojawiają się nowe furtki i przejścia, więc nie warto wykładać paru tysięcy złotych i zlecać wydanie swojego dzieła wydawnictwu, którego praca ogranicza się do pobieżnej redakcji tekstu, wyboru stockowej fotografii na okładkę i wydrukowania książki, która potem leży w domu w paczkach.  

Jak zajrzycie na Wattpada, dowiecie się że “Burn to hell” jest w rankingu na miejscu 11. A niektóre książki mają po ponad 10 mln odsłon. 


ZASKOCZENIA 

Było ich kilka w ostatnich dniach. To pierwsze jest związane z Festiwalem Sanatorium Dźwięku w Sokołowsku. Genialne miejsce, wyjątkowy klimat, super ludzie i drobiazg, który zgrzyta jak styropian pocierany o szkło. Jeśli organizuje się wydarzenie w dawnym sanatorium, akcentując rozmaite wątki i sploty muzyki z medytacją i zdrowiem, to nie puszcza się głęboką nocą w parku zdrojowym hałaśliwego techno. Już sama kategoria afterparty, którą się posłużono, wydaje się nie na miejscu. Tego się po prostu nie robi. W nocy się śpi. Tak mało jest sensu i spójności w naszych poczynaniach. Zwrot “sanatorium dźwięku” aż się dopomina o dochowanie spójności. Drugie zdziwienie wiąże się z postacią Jakuba. Poznałem go w autobusie nr 15, który kursuje między Wałbrzychem, a Mezimesti. Jakub mieszka w Norwegii. Pół Duńczyk, pół Polak. Z  hamakiem zapakowanym w worek i termicznym kubkiem w dłoni, podróżował z Krakowa do Sokołowska. Gdy wkroczyliśmy na festiwalowy teren od razu podszedł do pierwszej napotkanej osoby, a był to stojący pod drzewem znudzony ochroniarz, podał mu rękę zagadując: “Hi man, how are you?”  Mijałem się później z Jakubem wielokrotnie, wdając w luźne pogawędki i niezależnie od stopniu pogłębiającego się “wyeksploatowania” i “nadużywania” Jakub postępował niezmiennie tak samo, niemal modelowo: widząc na trawie lub chodniku odpadek, podnosił go i wrzucał do kosza.  

Ostatnie zaskoczenie wiąże się z chodzeniem. Taki prosty eksperyment. Zamknąłem na chwilę oczy idąc chodnikiem w czeskim Mezimesti. W Wałbrzychu nie odważyłem się zamknąć oczu i iść przed siebie. Dziura na dziurze, kratery, wybrzuszania, pęknięcia, rozpadliny i nierównymi warstwami lany asfalt.  Jeśli ktoś zapyta mnie o mentalne różnice między Polską a Czechami, to doradzę mu żeby wpierw spojrzał pod nogi.

POMYSŁ 

Umieściłem, czas pewien temu, na Spotify cykl wywiadów “Ciekawi ludzie, w ciekawych czasach” oraz “Miejskie potyczki”. Są o Wrocławiu. Cieszą się mizerną popularnością, ale także ich nie promuję. Co ważniejsze, nie spotkałem jednak żadnych podcastów, które dotyczyłyby polskiej polityki, tematyki ekologicznej, sztuki oraz problematyki miejskiej. A przecież w internecie, gdzie indziej, postów, komentarzy, artykułów, jest mrowie. Dlaczego nie korzystamy z formuły audio? To wszystko, czym się interesujemy, co zabiera nam czas i wzbudza emocje, jest na Spotify niezauważalne. Why? Czekam więc na moment, kiedy będę mógł posłuchać na Spotify albo Mixcloudzie tych wszystkich inspirujących i mądrych ludzi uzależnionych od Facebooka i tylko w to medium pompujących swoje przemyślenia.  

Jeszcze sporo poniedziałka przed mną. Sporo do zrobienia. Wieczorem rower. Przed snem prysznic.


Tekst pojawił się pierwotnie w newsletterze Prysznic, który od pewnego czau prowadzę. Zachęcam do subskrypcji.