Dwudziestosześcioletni Upton Sinclair przez siedem tygodni włóczy się po ubojniach i masarniach, by opisać panujące w nich warunki i zdemaskować bezwzględnych właścicieli zakładów mięsnych w Chicago. Tak powstała „The Jungle„, wydana w całości w 1906 roku. Książka przeorała świadomość Amerykanów. Dosłownie popsuła im apetyt. Apetyt na kiełbasę, pasztety, parówki, szynkę. Nie o takim efekcie myślał Sinclair siadając do pisania powieści. Jako zadeklarowany socjalista zamierzał zwrócić uwagę na nieludzkie warunki pracy, wyzysk oraz idące za tym upodlenie i demoralizację ludzi. Jednak to wątki pokazujący brud i sposób, w jaki zabijano zwierzęta i przetwarzano mięso, wstrząsnęły opinią publiczną. Powieść jako pierwszy, w odcinkach, publikował w 1905 roku lewicowy magazyn „Appeal to Reason”.

Prezydent Theodor Roosevelt poruszony lekturą, nakazał przeprowadzić dochodzenie, szczerze powątpiewając w wiarygodność opisanych sytuacji. Choć właściciele chicagowskich zakładów zostali uprzedzeni o planowanej inspekcji – mieli trzy tygodnie na zaprowadzenie porządków – raport komisji był dla nich druzgoczący. Warunki, jaki panowały w chicagowskich rzeźniach i masarniach urągały wszelkim zasadom. Sinclair pisał o mielonych szczurach, gnijącym mięsie, odchodach. Nie mijał się z prawdą.
Szybko, bo w tym samym roku, w którym ukazuje się książka (1906), władze federalne zatwierdzają Federal Meat Inspection Act (FMIA), zbiór przepisów mający na celu przestrzeganie zasad sanitarnych przez przemysł mięsny. Prezydent podpisuje opracowany przez kongres pionierski dokument Pure Food and Drug Act. Staje się fundamentem dla istniejącej do dzisiaj federalnej Agencji Żywności i Leków (Food and Drug Agency). W 1906 roku ustalono m.in. kary za fałszowanie opisów produktów i wprowadzanie w błąd konsumentów. Nakazano producentom żywności i leków podawania na etykietach nazw składników oraz oznaczanie tych substancji, które powodują uzależnienia. Federalne laboratoria rozpoczynają testy oceniające wpływ chemicznych konserwantów na zdrowie. Warto wiedzieć, że owych czasach używano do tego celu np. boraksu i formaldehydu. Czytelnicy gazet ekscytują się badaniami dr. Harvey’a W. Wileya. Główny chemik federalnego Bureau of Chemistry na gronie ochotników obserwował skutki spożywania produktów zawierających konserwanty. Prasa nazwała ich „The Poison Squad”.Wszystko to dzieje się w związku lub za bezpośrednią przyczyną powieści, której akcja rozgrywa się w chicagowskich rzeźniach.


Jak wspomniałem, nie do końca o taką zmianę chodziło Uptonowi Sinclair’owi. Początek XX wieku w Stanach to czas przemian, które mają złagodzić społeczne koszty gwałtownej industrializacji i chaotycznego rozwoju miast. Na tej fali Sinclair chciał uchwycić i opisać życia migrantów, żyjących w skrajnej nędzy. Wstrząsnąć czytelnikiem tak, by wsparli progresywne idee.

Upton Sinclair konstatuje z żalem w zapiskach, że chciał poruszyć ludzkie serce, a dotknął żołądka. Na podstawie książki nakręcono w 1914 roku niemy film o tym samym tytule. Nic nie wiadomo, by zachowała się choćby jedna kopia. Powieść jest natomiast dostępna w otwartych zbiorach publicznych w wielu krajach.

„The Jungle”, opowiadając o losach litewskiego migranta, miała jak w soczewce skupiać i eksponować społeczne bolączki, które dotykały robotniczych mas. Z racji drastycznych opisów powieść była cenzurowana. Autor wplótł w narrację opisy śmierci robotników ginących np. w kotłach do mielenia mięsa. W ogóle życie głównego bohatera, Jurgisa Rudkusa, to ciąg katusz. Jego dziecko topi się w ulicznym błocie. Ktoś bliski umiera po spożyciu zatrutego posiłku. Ojciec Jurgisa ginie podczas pracy w rzeźni. On też ulega wypadkowi. Inna postać kończy zjedzona przez szczury. By przetrwać, kobiety są zmuszone do prostytucji, a sam Jurgis stacza się na dno. Włóczy się po Stanach jako hobo, imając dorywczych zajęć i pijąc na umór.
Książka ma coś z socjalistycznej agitki, bo w końcu Rudkus spotyka na swojej drodze lewicowych aktywistów. To oni, ponownie zaszczepiając w nim utracony sens i wiarę w ludzi, wyprowadzają go na życiową prostą.


Prezydent Theodor Roosevelt miał o książce jak najgorsze zdanie. Opisy nędzy i upadku uważał za literacki wymysł. Resztę treści za socjalistyczne bajdurzenie. Nie zignorował jednak społecznego wrzenia, które powieść wywołała – nakazał sprawdzić warunki pracy w zakładach mięsnych w Chicago. Dobrego zdania o „The Jungle” był natomiast Jack London. Winston Churchill wypowiadał się o książce też z uznaniem.

Sinclair próbował bez większych sukcesów sprawdzić się w polityce, aspirując do różnych urzędów i stanowisk. Z ramienia Partii Demokratycznej walczył m.in. o fotel gubernatora Kalifornii. Popularność i marka wpływowego dziennikarza nie zapewniły mu zwycięstwa. Przez oponentów był dyskredytowany jako komunista. Z kolei amerykańscy i sowieccy komuniści uważali go za kapitalistę. Dziś mówi się o nim jako jednym z pierwszym amerykańskich demokratycznych socjalistów. Tak pewnie sam się by sytuował i chciał być postrzegany.
Przez dłuższą cześć życia był wegetarianinem, ale nie znalazłem w jego biogramie wątków sugerującym, by miało to bezpośredni związek z jego doświadczeniami wyniesionymi z pracy nad „The Jungle”. Pisał później sporo o dobroczynnym wpływie prostej diety opartej na warzywach i orzechach oraz o korzyściach wynikających z leczniczych głodówek.

Natknąłem się na „The Jungle” i Sinclaira przypadkiem, czytając artykuł w The Guardian o fatalnych warunkach pracy panujących w ubojniach drobiu należących do koncernu Tyson. W zakładach zmarło na koronawirusa ponad 20 osób, ponad 5000 tysięcy zachorowało. Pracownicy, rekrutujący się głównie spośród migrantów, narzekają na rygor, brak środków ochrony osobistej i nieprzestrzeganie zasad sanitarnych. Koncern zarzuty odpiera.

Co rusz, na świecie, demaskowane są praktyki niehumanitarnego traktowania zwierząt, celowych zaniedbań przy wytwarzaniu żywności, nieszanowania pracowników. To wszystko jest w zaskakująco sposób powiązane. I powinno być także – dla jasności – osadzone w szerszym kontekście.

Zmiana społeczna nie dokonuje się punktowo, a jeśli nawet punktem jest, to na linii – biegnącej wstecz i zarazem wytyczanej do przodu. Tak widzę „The Jungle”. Powieść pojawiła się określonym momencie, wywołała rezonans, nie do końca taki jakiego oczekiwał autor, ale dokonała się zmiana, od której nie można abstrahować. Do której warto nawiązać. Każde działania na rzecz większego dobra, musi się odnosić do przykładów z przeszłości. Osiągamy wówczas poczucie, że mamy do czynienia z procesem, a nie ciągiem oderwanych i nieuwarunkowanych sukcesów i porażek. Historia istnieje i przemawia do nas, jeśli potrafimy ją przedstawić tylko jako opowieść i tylko taka ma wpływ na rzeczywistość.

Może potrzebujemy więcej Sinclairów? Ten dziennikarz był związanych z określonym środowiskiem, wrażliwym społecznie i nastawionym do rzeczywistości wizjonersko. Nie działał w odosobnieniu, choć tak wydawać by się mogło – przecież mówimy o książce, owocu indywidualnej pracy i determinacji. Ale Sinclair był uczestnikiem głębokiej progresywnej zmiany, która przeorała stosunki i realia Ameryki przełomu wieków. Wierzył, że pisanie wywiera pozytywny wpływ. Był muckrakerem, a więc jednym z tych dziennikarzy i społecznych aktywistów, którzy skupiali się na demaskowaniu wadliwie działających instytucji, piętnowaniu przekupnych polityków. Długo nie mógł znaleźć wydawcy dla „The Jungle” Redaktor wydawnictwa Macmillan sugerował szefom, że powieść powstała nie z empatii do prostych ludzi, lecz z nienawiści do nich i dlatego propozycję wydania powieści należy odrzucić.


Jestem wegetarianinem od ponad 20 lat. Przez dłuższe okresy w roku przestrzegam diety wegańskiej, a utwierdziła mnie w słuszności tego wyboru wizyta w rzeźni. To traumatyczne doświadczenie. Poczucie, że zwierzętom – na przemysłową skalę – dzieje się niewybaczalna krzywda, nie prowadzi jednak do krytykowania i pogardzania ludźmi, którzy w tych miejscach pracują. Sinclair miał zrozumienie dla naszych ograniczeń: „It is difficult to get a man to understand something, when his salary depends upon his not understanding it”

Jeśli chce się dbać o prawa zwierząt, trzeba dbać o ludzi i rozumieć także tych, którzy z własnego wyboru lub konieczności w tym rzeźniach pracują. Może inicjując zmiany – na lepsze – w jednym miejscu, wywoła się zmianę w innych obszarach. Tak było w przypadku „The Jungle”.