Wędrując po periodykach opinii doszedłem do ściany i konkluzji: gdyby nie Facebook debata publiczna byłaby zupełnie jałowa. Niektóre opiniotwórcze tytuły w ogóle rezygnują z działu komentarzy.  Gdzie indziej przypomina on organ w zaniku. Kość ogonową.

Polityka, Krytyka Polityczna, Przekrój, Dwutygodnik, Cultura.pl, Magazyn Pismo – tam komentarza pod artykułem nie zamieścimy, choć niemal każdy tekst można traktować jako zaproszenie do dyskusji. Znaczki FB  i Twittera zachęcają do dzielenia się tekstem. Często pod spodem widnieje apel redakcji o wsparcie finansowe. Czyli dokładane są starania, by trzymać kontakt z czytelnikiem i zwiększać ich liczbę.

Czy można kształtować opinię publiczną, rezygnując z poznania głosu czytelnika? Nie można, chyba że uznamy, że czytelnik nie jest partnerem, pisze głównie głupoty, wyżywa się na innych oraz na autorze. Więc po co w ogóle zajmować się publicystyką, jeśli komentują tylko idioci, a mądrzy potulnie milczą?

Problem trollowania i chamstwa w Internecie jest dobrze udokumentowany. Gorzej z diagnozą przyczyn. Przyznaję, unikam wpisów na większości for gazetowych i portali informacyjnych. Nie chcę marnować czasu, szargać sobie nerwów i psuć nastroju. Do głowy mi jednak nie przyszło, by apelować o likwidowanie działów komentarzy. To nie jest grzyb na ścianie, który się usuwa.

Semantyk kultury Marcin Napiórkowski zamieścił w Krytyce Politycznej (2018) felieton sugerujący  tak drastyczne posunięcie. Posłużył się prowokacyjnym stwierdzeniem, że sekcja komentarzy pod artykułami w mediach cyfrowych to ZŁO Jeśli nawet zgodzimy się z opisem, to przyczyn problemu trzeba szukać gdzie indziej. To zło pasożytowało na redakcyjnym zaniechaniu i braku przezorności. I to na redaktorów spada część odpowiedzialności. Choćby oznajmiali – kapitalikiem, boldem i wykrzyknikiem – że za treść komentarzy redakcja nie odpowiada – są współwinni. Fakty są niezaprzeczalne: parę lat temu puszczono komentarze na żywioł, ciesząc się z ruchu na stronie i profitów z klikalności. Mało kto mierzył się z pytaniem, czym grozi – udzielające się wszystkim – poczucie internetowej swawoli.  Zamiast działu prowadzonego z głową, a więc i moderowanego lub powiązanego z np. gratyfikacjami (bonifikata subskrypcyjna dla liderów komentowania) przymykano oko na wylewające się pomyje. Powstało bajoro, które trzeba osuszyć.


Tytuły, które wymieniłem, zachowują się jak osoba, które deklaruje, że skacząc na jednej nodze zaliczy maraton.  Periodyki “tnąc” komentarze ograniczają sobie możliwość oddziaływania, rezygnują z budowania czytelniczej wspólnoty. Zawężają pole rozmowy i wymiany poglądów. Tak jakby jedynym narzędziem była subskrypcja i hasło „tweetnij” – niech felieton polata sobie po Internecie. Potem jest zdziwienie: coraz mniej osób odwiedza naszą stronę. Rozkładanie rąk i ciągle to sam nudne wytłumaczenie: moderacja komentarzy kosztuje. Cóż, redakcyjne obowiązki nie ograniczają się do pisania tekstów i ich dystrybucji. Czytelników trzeba inspirować, zachęcać do zabrania głosu. Trzeba próbować, testując różne rozwiązanie, a nie oddawać pole bez walki i  wrzucać wszystkich pospołu – trolli, nawiedzonych i osoby, którzy chcą porozmawiać – do jednego worka.  

Strony internetowe tygodników i miesięczników upodabniają się do tablic ogłoszeń, które trzeba zabezpieczyć przed wysprejowaniem. Zapomniano, że Internet jest przestrzenią bezpośredniej wymiany i ekspresji. To nie jest laboratorium, w którym wymagana jest sterylność, porządek i rygor procedur. Należy się pogodzić z niemożnością wprowadzenia  stanu totalnej regulacji i kontroli. Zawsze będzie obecne ryzyko, może nie tak groteskowe jak ujął to Marcin Napiórkowski, który ostrzega przed scenariuszem przejęcia (?) kontroli nad artykułem przez negatywnie nastawionych komentujących, którzy zdominują autora. WTF? 

Trzeba pozostawić przestrzeń dla ryzyka czyli dla napięć, sporów i niepewności Nadać temu ramy. Zerknijcie na fora Reddit-a, gdzie ludzie dyskutują na rozmaite poważne i ważkie tematy nie skacząc sobie do gardeł. Stoicyzm, socjalizm, anime i manga,  II wojna światowa, samochody, goth i fortnite. Mnogość tematów oszałamia. Każda grupa ma swój regulamin i go przestrzega. Jasne, nie jest idyllicznie. Jak w życiu, bywa różnie.

Czy zdarzało się wam wracać do starych internetowych dyskusji i ponownie z tematem się skonfrontować lub odświeżyć kontakt z autorem? Nie zadaję tego pytanie oczekując odpowiedzi, bo wiem, że w ogóle się takie rzeczy nie nie zdarzają. A mogą. To jest zadanie dla redakcji: jak uczynić dział komentarzy miejscem wymiany myśli, a nie opluwania. 


Do mizerii debaty publicznej przyczynia się skwapliwość z jaką periodyki wspierają monopol Facebooka. Nie mylmy emocji facebookowych dyskusji z atmosferą otwartej debaty. To, o czym wspominam, dzieje się w zamkniętym kontrolowanym środowisku.  Serwis społecznościowy oferuje redakcjom rozwiązanie w postaci Facebook comments. Na stronie np. Kultury Liberalnej możesz  więc pozostawić wpis pod artykułem, lecz musisz być użytkownikiem Facebooka. To żaden przywilej, lecz ograniczenie, na które szczególnie liberałowie powinni być wyczuleni, chyba że nie mają zielonego pojęcia do czego to narzędzie de facto służy. Facebook comments nie stworzono po to, by ułatwić pracę redakcjom, lecz zwiększyć obszar oddziaływania FB i  mocniej związać z nim użytkowników. Deweloperzy giganta nie wyszli z założenia: “musimy pomóc czytelnikom polskiej prasy liberalnej” albo “ten magazyn historyczny jest zajefajny, pomóżmy więc chłopakom rozkręcić ruch na ich stronie”.  Facebookowy dodatek to smycz, którą można poluzować, ale długość nie zmienia  jej przeznaczenia.


Redakcje nie muszą pić sobie z dziobków. Nie muszą zgadzać, wręcz przeciwnie. Ale w ich szeroko rozumianym interesie jest współpraca, która stworzy przestrzeń do cyrkulacji myśli i toczenia sporów. Także z udziałem komentujących. Trudno sobie wyobrazić sytuację, że Tomasz Lis pisze gościnnie na łamach Gazety Polskiej, a jego imiennik, pan Sakiewicz publikuje weekendowy felieton w Newsweeku.  Gdy jednak wyjdziemy poza spory ideologiczne i antypatie osobiste, zobaczymy że stawką jest czytelnictwo. Ono spada. Periodyki walczą o przetrwanie; w tej samej łódce dryfują lewacy, prawacy, liberałowie.


Zastanawiam więc i nad takim modelem, gdzie osoba komentująca w Gazecie Polskiej może reagować na artykuł w Krytyce Politycznej, posługując się tym samym loginem i nickiem, i wszystkie jej komentarze są zebrane na  jednym  profilu. Co więcej, przez konkretny komentarz ktoś inny – obserwujący komentującego – może wrócić do artykułu i się z nim zapoznać. Co to oznaczałoby dla piszącego  i dla konstruktu jego własnej osoby? Może prowadziłoby do redefinicji czytelnika? Byłby kimś więcej niż sfrustrowanym i niewyżytym trollem? Nie wiem.  Na pewno miałby swoich ulubionych autorów i tytuły. Plus tych, których nie znosi, ale komentuje, trzymając się pewnych zasad. Wiedziałaby, że jeśli reguły złamie, pozbawia się prawa do udziału w dyskusji. Znika z przestrzeni i znikają jej komentarze. To rodzaj banicji czasowej lub trwałej. Wzmiankuję o tym nie rozstrzygając o sensowności całej propozycji. Spekuluję wiedząc, że ferment jest lepszy od wyjaławiającej rutyny. Lepsze niż “tu nie ma nic do skomentowania” albo “pisz sobie i dziękuj Facebookowi”.