Latem 1914 roku reagowano w większości europejskich stolic na wieść o wybuchu wojny entuzjastycznie – wylegając na ulice. Wiwatowano na cześć monarchów, rządów, parlamentów, wodzów. Upalne noce przełomu sierpnia i lipca sprzyjały nocnym zabawom i bankietom, które ciągnęły się do białego rana. Cesarz Wilhelm II zapewniał, że żołnierze wrócą z frontu „zanim opadną liście”. Ale żołnierze gnili w okopach przez kolejne 4 lata lub wykrwawiali na bitewnych polach.

Jeśli ktoś dziś – śledząc bieg zdarzeń – poddaje się emocjom „tu i teraz”, widząc w nich coś absolutnie niezmiennego i cennego, to zachowuje się jak istota niespełna rozumu.


Historia służy jako ściąga tym, którzy myślą o przyszłości. Historia uczy dystansu, podejrzliwości i wstrzemięźliwości. Podpowiada, by nie ulegać zachwytom i nie ulegać propagandzie.


Przez ostatnie dni widziałem w telewizji głównie wiwatujące tłumy. Nie ma to nic wspólnego z wojną, ale ma wiele wspólnego z byciem niespełna rozumu, co mnie tylko smuci.