Kres władzy polega na tym, że choć ta próbuje pudrować rzeczywistość, to rzeczywistość staje przed nami – jak na scenie – naga i skrzeczy. Każdy to widzi i nie da się tego już dłużej medialnie tuszować. To oczywiście opis emocji niż prezentacja faktów. Nie można jednak zaprzeczyć, że coś wisi w powietrzu, choć trudno to wyartykułować. Władza ma zawsze w zanadrzu siłę, a więc najcięższego kalibru narzędzie legitymizacji – de facto jedyne, w czas kryzysowej próby. Ale wówczas, paradoksalnie, władza przegrywa, bo przyznaje, że jej jedynym argumentem wobec obywatela jest przemoc. Kres władzy manifestuje zmiana społecznej atmosfery, ale to nie oznacza że obywatele ulegają racjonalnemu oświeceniu. Ten przełom nie rozgrywa się na planie dyskusji, w której jedna strona przyznaje drugiej racje, wycofuje się i wyraża skruchę. To raczej żywioł, który ma niejasną logikę i dynamikę. Po stronie obywateli, kumulują się – do stanu wrzenia – rozgoryczenie, desperacja (nie mamy nic do stracenia i nie ma gdzie się już cofnąć), uniesienie (ten moment, że jest się razem). Jednych emocje będą niosły, inni wycofają się w prywatność, a tam, być może, będzie ich zżerać tylko frustracja, że uwierzyli władzy lub że ich zawiodła albo że nie była zbyt radykalna lub po prostu sprawna w rządzeniu.