Przeprowadźmy eksperyment i wyobraźmy sobie, że gdzieś tam, ponad naszymi głowami, na najwyższych geopolitycznych orbitach i politycznych sferach, dojrzewa decyzja, ba, uciera się międzynarodowy consensus, że Polską – plamą na globusie – nie warto się przejmować. A może już uznano, że pora odpuścić sobie boje o praworządność, demokratyczność systemu, umacnianie europejskich więzi. Że Polska nieuchronnie zbiałorusieje, a może trafniej, nie wytykając nic heroicznym Białorusinom, zorbanieje.

Co jeśli, bardziej niż trochę, spisano nas – w Paryżu, Rzymie, Madrycie i Berlinie – na straty, uznając za kłopotliwy efekt eksperymentu z liberalną demokracją i otwartym społeczeństwem? Bo przecież sami Polacy wydają się wynikiem tego geopolitycznego rozstrzygnięcia, rzutującego na dekady, mało zainteresowani. Bardziej ich kręci Black Friday.

Zresztą w wielu zagranicznych umysłach (to jest argument uniwersalny) jawimy się ciągle jako kraj nieodgadniony i niezrozumiały. Owszem, Kraków, wódka, JP 2, pierogi, Warszawa, jabłka, Wałęsa, Kubica, Lewandowski – są wpisani w globalną świadomości, co jest jednakże ledwie promilem wiedzy i emocji związanych z Polską. My oczywistą dla nas obecność polskości w innych zagranicznych głowach tylko sobie imaginujemy. Przecież Robert Lewandowski jest wyjątkowy i popularny, gdyż gra dobrze w piłkę w markowym klubie, a nie dlatego, że urodził się w centralnej Polsce. A uwielbienie do jego umiejętności strzeleckich nie umacnia szacunku do naszych hydraulików, uznania dla produkowanych przez amicę lodówek i tęsknoty za krajobrazem Mazowsza.

Jesteśmy obecni w głowach i na mapach Europejczyków, geograficznym-prawie-kwadratem, zaludniony przez osobników, których mowa przypomina zgrzyty, trzaski i szurane butami po rozbitym szkle. Opisują nas – z oddalenia – jako nację dziejowo nieogarniętą. My powiemy afirmująco: zagubioną w romantycznym uniesieniu. Jak we mgle. Jesteśmy więc ludźmi, którzy, jeśli nadarzy się sposobność, będą – coraz lepszą angielszczyzną – mówić o historycznych tragediach i wiktoriach, o tym, że Polacy są najlepszymi żołnierzami – nasi lotnicy wygrali Bitwę o Anglię; pogoniliśmy bolszewików spod Warszawy. Zupełnie inaczej niż Czesi. Nigdy nie słyszałem Czecha mówiącego z taką pasją o historii. Nie wiem, o kim to dobrze świadczy, ale na pewno jesteśmy inni niż sąsiedzi.

W tej litanii do naszej wyjątkowości, jest oczywiście miejsce na najpiękniejsze na świecie kobiety czyli Polki. Jest też poezja. Wiadomo, niezrównana. Mamy noblistów i najlepszych skoczków narciarskich. Plus mamy Orlen. Giganta. Koniec tej wyliczanki zwyczajowo jest zwieńczony mocnym akcentem: niestety, wszyscy nas dymają.

Po co Europa ma się ciągle przejmować równiną graniczącą z Rosją? Tym bardziej, że nie wiadomo do końca, o co Polakom chodzi. Ciągle czegoś żądają, powołując na wartości. Przypominają o sobie w sposób nie do końca zrozumiały, sugerując rodzaj zadry, traumy wynikającej z dziejowego niedowartościowania, krzywdy zapisanej w genach.

Więc jeśli ktoś tam na szczytach globalnej władzy rozłoży wobec Polski z rezygnacją ręce, to mam dla tej osoby trochę sympatii. Owszem, nieporównywalnie mniejszy niż do Polski, bo to mój kraj, z nim jest związany los moich bliskich. Mam jednak ten rodzaj zrozumienia, jak do przedszkolanki bezradnej wobec faktu, że nieważne jak bardzo by się starała, to i tak przyjdzie ten moment, że rozzłoszczony Piotruś znów wypije brudną wodę po farbkach lub obleje się kisielem. Tu sytuacja jest o tyle prostsza, że opiekunka powiadomi rodziców Piotrusia. A w przypadku zdziecinniałej Polski?

Zróbmy ten eksperyment: nie ma nas w Europie. Co dalej?