Polityka przyciąga osoby o specyficznym rysie charakteru. Obok zestawu deklarowanych poglądów i przynależności do politycznego środowiska liczy się – czasem wychodzą na plan pierwszy – splot psychologicznych uwarunkowań i skłonności. I tak, na przykład, poczucie spełnienia i satysfakcji nie wynika z osiągniętych sukcesów, co smakowania dominacji nad resztą. Psychopaci i socjopaci garnący się do polityki z egoistycznych pobudek, nie są niczym wyjątkowym. Uosabiają jedną kategorię kłopotów. Kolejna kategoria obejmuje oportunistów i karierowiczów, którzy pchają się do polityki dla profitów. Są mierni, bierni, ale wierni. Jeśli nie mają grubej skóry i twardej głowy, przeżywają nieustanny dysonans poznawczy, dopadają ich nagłe i nieoczekiwane wyrzuty sumienia.

Ironizując: zamiast z usług spin doktorów politycy powinni korzystać z pomocy terapeutów. Do mediacji między zwaśnionymi obozami politycznymi winno się angażować psychologów od mediacji rodzinnych. Tyle bowiem w polityce jest buzującej psyche, prywatnych urazów, neurotycznej awersji i niechęci, zgryzot, win oraz utajonego poczucia krzywdy i odrzucenia.

Spójrzmy na rywalizację i konflikty. To mechanizm napędzający politykę. Tak było i będzie, lecz świadomość tego faktu powinna nadawać sporom uniwersalne ramy i otwierać pole do współpracy, w myśl zasady, że świadomość jest zawsze emancypująca. Nazywając rzecz po imieniu, możemy się od niej zdystansować, a więc uwolnić.

***

Twitter żyje polityką, ale nie w sensie dosłownym. To taki kanał zrzutowy lub przepompownia. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że polityka jest tu tylko pretekstem do wyładowania nagromadzonej gdzie indziej – i z innych przyczyn – życiowej frustracji. Serwis ma więc neurotyczną i mroczną atmosferę. Przypomina zatłoczony korytarz poradni terapeutycznej. W takim miejscu nie powinno się dyskutować o polityce, lecz troszczyć o zdrowie psychiczne.