Sądzono, że zmarła w latach 30. Odeszła w 1991 roku. Żyła świadomie i konsekwentnie pozostając w samoizolacji. Nigdy nie naprawiła dzwonka u drzwi. Nie miała też spadkobierców, więc po jej śmierci mieszkanie przejęła miejska administracja i wystawiła wyposażenie na licytację. W ciemno nabył je pewien obyty ze sztuką człowiek – wszedł w posiadanie wielkoformatowych obrazów, o których istnieniu mało kto miał pojęcie. Dziś jej prace pojawiają się na prestiżowych aukcjach, a krytycy czasem piszą o niedocenionej za życia mistrzyni ekspresjonizmu abstrakcyjnego. Dorównującej Jacksonowi Pollockowi (Jack the Dripper) i mu podobnym.

Michael West nie tylko malowała. Pisała wiersze. Fragment poematu z 1974 pasuje do niej jak ulał.

“You will get nothing for it in return / Don’t let that throw you / The greatest artists are unknowns.

West miała w zwyczaju malować chlapiąc, mażąc, pryskając farbą i drapiąc płótno, często rozłożone na podłodze. Tak jak Pollock – mistrz action painting. Nie było w tym stylu manierycznego naśladownictwa. Ona Jacksona Pollocka szanowała i podziwiała. Nie stanowili jednak zgranej paczki. On tylko raz odwiedził ją w pracowni.

Wyjątkowość West polegało na odwadze z jaką traktowała siebie i płótno. Zdarzały się jej zdekonstruować wcześniejszą kubistyczną prace „Harlequin”. Spod rozbryzgów i linii – wykonanych metaliczną farbą i betonem – przedostają się – jakby spod eksplozji – kubistyczne linie i kontury. W tym twórczym geście była bardziej pionierska, radykalniejsza niż wielu innych uznanych malarzy tego okresu. „Blinding Light” łączy w sobie kreację i destrukcję. O obrazie poeta i historyk Kelly Grovier pisze, że „ujmuje całą epokę”. Epokę badań nad atomem, technologicznego przełomu i strachu przed jądrową apokalipsą.


Radykalizm szedł w parze z niedostępnością i z czasem się pogłębiał. W młodości West zrezygnowała z dziewczęcych imion Corinne, Michelle na rzecz Michael. W latach 30. nikt nie oczekiwał od kobiet, że będą parać się malarstwem, dokonywać kulturowych przełomów. Zmiana imienia to chyba jedyny jej znany akt uległości wobec oczekiwań ogółu.
Studiowała malarstwo u szanowanego abstrakcjonisty Hansa Hoffmana. Zrezygnowała po pół roku, uznając że ma do czynienia z facetem, który tworzy wokół siebie aurę niezdrowego kultu. Przyjaźniła się z malarzem ormiańskiego pochodzenia Arshilem Gorky. Też abstrakcjonistą. Byli jak bratnie dusze: on jednak nalegał na zawarcie małżeństwa, ona to wykpiła. Miała mu powiedzieć: nie urodzę dwójki dzieci i nie będą ci menadżerować. O ironio, wzmianki o twórczości West znalezione w publikacjach o Gorky’iem uchroniły być może West przed całkowitym zapomnieniem. Malarka nie współpracowała z żadną galerią. Nikt jej nie reprezentował. Gdy Ameryka oszalała na punkcie pop artu, szanse na zainteresowanie jej osobą były nikłe jeśli nie żadne.

Sam Gorky to postać tragiczna. Porzucony przez żonę i dzieci, chory na raka, ze spaloną pracownią malarską, częściowo sparaliżowany, powiesił się w wieku 44 lat. Dziś wartość jego dzieł – wystawionych na aukcjach – sumuje się w kwocie ponad 19 mln dolarów.


Michael West zdarzyło się mieć indywidualne wystawy oraz uczestniczyć w zbiorowych, na przykład wspólnej z M. Rothko. Nie pisano o niej znaczących publikacji. Właściwie wyciągnięto ją z niebytu. Nabywcą zlicytowanego majątku był fotograf Stuart Friedman. Zainteresował się licytacją zaintrygowany nazwiskiem zmarłej. Jako jedyny złożył ofertę. Wcześniej w sklepie ze starzyzną wypatrzył i kupił obraz West namalowany w 1942 roku. Gdyby nie on, obrazy trafiłyby na wysypisko. Destrukcja nie połączyłaby się z kreacją, dając Michael West drugie życie.