To z historia z gatunku takich, które chce się obejrzeć na dużym ekranie. Historia oglądana w narastającym zdziwieniu, że możliwe jest bycie oficerem niemieckiej armii i zarazem syryjskim uchodźcą, który nie mówi słowa po arabsku. Niedoszłym zabójcą mieszkającym z mamą. Facetem trenującym po lasach z neonazistami służącymi w elitarnych oddziałach armii i policji. Marzącym o tym, by zostać szefem Bundeswehry i dokonać neonazistowskiego puczu w obronie niemieckiej konstytucji(!). Facetem, który dziś twierdzi, że to wszystko nieporozumienie, a on jest usposobionym filozoficznie pacyfistą, który dużo pisze.

Z tym spiętrzeniem absurdów i niedorzeczności – ujętych w losy jednego faceta – może sobie poradzić tylko ktoś o klasie Joela i Ethana Coenów. Inni polegną. Nieważne, film fabularny czy serial. Zbyt wiele w historii jest karkołomnych zwrotów, które wymagają reżyserskiej i scenariuszowej finezji. Czas na szczegóły.

Franco A. jest dobrze zapowiadającym się oficerem Bundeswehry. 31 lat, kawaler żyjący z mamą. Pewnego dnia zgłasza się na komisariat policji i opowiada – operując łamaną angielszczyzną i francuskim – że jest syryjskim uchodźcą. Mówi, że ma za sobą wyczerpującą pieszą wędrówkę przez Europę. Funkcjonariuszom do głowy nie przyszło, że facet jest przebierańcem. Na komisariat faktycznie stawił się pieszo – spacerem z domu, w dziesięć minut. Wygląda wiarygodnie: jest śniady – posłużył się kosmetykami swojej mamy. Brodę poczernił pastą do butów. Nikt nie sprawdził, czy w ogóle mówi po arabsku. Nowe dokumenty tożsamości i prawo do pracy przyznano mu w kilka dni. W ośrodku dla uchodźców nikt nie zagaduje do niego po arabsku, bo Franco twierdził, że jest syryjskim Żydem francuskiego pochodzenia. Przez kolejnych 16 miesięcy wszyscy wokoło uważają go za straumatyzowaną ofiarę domowej wojny. W tym czasie prowadzi potrójne życie: służy w armii, mieszka z matką, przebywa w ośrodku azylanckim i regularnie robi wypady na odludzie, gdzie szkoli się z neonazistami. To specyficzna ekipa złożona z gości służących w doborowym antyterrorystycznym oddziale. Uważają, że światowy demokratyczny porządek runie ponad naporem kryzysu i fali migrantów, więc trzeba się na tą okoliczność przygotować, a nawet kryzys przyśpieszyć, dokonując zamachów, w faszolskiej nadziei, że uda się zaprowadzić porządki „white power”. Innymi słowy, mamy do czynienia z kilkudziesięcioosobową paczkę uzbrojonych świrów. W domu jednego z nich policja znajduje masę broni i plastikowe worki na zwłoki.

To, że Franco A. ma podwójną tożsamość wychodzi na jaw przypadkiem. Sprzątacz toalet na wiedeńskim lotnisku przypadkowo znajduje schowany w kiblu pistolet. Alarmuje policję, a ta uznaje, że zastawi pułapkę na tego, kto w końcu postara się broń odzyskać. Tak oto wpada Franco. Twierdzi, że broń znalazł przypadkiem w lesie – podczas poprzedniej wizyty – i schował w toalecie wiedząc, że nie zabierze jej ze sobą z powrotem do Niemiec. Przylatując ponownie do Wiednia, chciał – jak zapewnia – oddać gnata policji. Uwierzono mu na słowo, lecz pobrano odciski palców i przekazano niemieckiej policji. Tak oto jego druga tożsamość, syryjskiego uchodźcy, wyszła na jaw. Po co Franco leciał do Wiednia? Był zaproszony na jubileuszowy bal prawicowej Partii Wolności. Wg śledczych miał – już jako „Syryjczyk” – dokonać zamachu na polityka tej partii. Chodziło o to, by rzucić podejrzenia na uchodźców. To po Franco przez ponad rok podawał się za jednego z nich. I to całkiem skutecznie.


Po tym przełomie śledczy gromadzą coraz więcej materiałów sugerujących, że mają do czynienia z niedoszłym zamachowcem. W jego garażu znajdują amunicję i karabin. Prywatne zapiski wskazują, że Franco A. planował zamachy na przedstawicieli żydowskiej fundacji, polityka Zielonych i ministra spraw zagranicznych. W jego telefonie znaleziono video nagrania, w których wychwala A. Hitlera i III Rzeszę. Komplementuje też na filmach politykę Putina. Stawia go za wzór do naśladowania. Franco tłumaczy podczas przesłuchań, że udawał syryjskiego uchodźcę, bo chciał znaleźć i nagłośnić nieprawidłowości w systemie azylowym. Jego zdaniem, przyjęcie przez Niemcy dużej liczby migrantów stanowiło zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego i niemieckiej tożsamości. Zarzekał się, że nie planował żadnych zamachów, bo jest pokojowo nastawiony.
Policja ustaliła, co innego. Wyszło na jaw, że Franco należy do neonazistowskiej siatki skupiającej funkcjonariuszy policji i wojska. Ich też zdemaskowano. Mieli planować operację pod kryptonimem Day X. Czyli totalną rozpierduchę, chaos, który doprowadzi do obalenia rządu.

Lektura pamiętników naszego bohatera to wgląd w jego zrytą jak beret głowę. Będąc nastolatkiem marzył o tym, by wspiąć się po szczeblach wojskowej kariery i piastować ważną funkcję w Bundeswehrze. Było w tym coś na rzeczy. Jako obiecujący kadet trafił na studia do francuskiej prestiżowej akademii wojskowej założonej przez Napoleona Bonaparte. Roił sobie, że dokona w Niemczech zbrojnego przewrotu. Radykalne usposobienie i neofaszystowskie ciągotki ujawnił pisząc studencką pracę. Zarysował w niej przemiany, jakie powinny się dokonać w Niemczech, by uchronić kraj przed upadkiem. Jego francuscy przełożeni byli zszokowani i powiadomili o tym stronę niemiecką. Wszczęto dochodzenie, w którym wykazano, że Franco jest radykalnym nacjonalistą. Nie został wydalony ze służby ani zdegradowany. Po powrocie do Drezna, dowódca wystawił mu bardzo wysoką ocenę. Gdyby nie wpadka w wiedeńskiej toalecie, może zostałby nazistowskim Szakalem, albo doczekał się generalskiego stopnia? Wszystko możliwe.

Jakim cudem tego rodzaju człowiek uchował się w armii? Grozi mu 10 lat więzienia. Sądowy proces ruszy w przyszłym roku. Franco jest zszokowany, nie tego się spodziewał. Poprosił o pomoc dziennikarzy New York Timesa. Wszystko im opowiedział, a ci historię opisali. To temat na książkę. Nie tylko o Franco, lecz o naszym zachodnim sąsiedzie. Tamtejszych paradoksach i absurdach. Autorka reportażu o Franco poprosiła przedstawiciela niemieckiej armii o komentarz na temat siatki neonazistów i usłyszała, że takowej nie ma. Jak to nie ma, przecież były aresztowania? Dociekała reporterka. Aresztowaliśmy 4 osoby – skwitował urzędnik. – To nie siatka.