To koloryzowane zdjęcie przedstawia żołnierzy Harlem Hellfighters. Walczyli podczas I wojny światowej i w pełni zasłużyli na piekielny przydomek – wielokrotnie dali łupnia Niemcom. Podobno ich przeciwnicy, będąc pod wrażeniem odwagi Afroamerykanów, wymyślili to określenie. Natomiast Francuzi posługiwali się zwrotem „Black Rattlers”. Czarne grzechotniki. Też brzmi groźnie.

Piechurzy 369 pułku pojawili się we Francji w ramach pierwszego kontyngentu sił ekspedycyjnych USA, złożonego tylko Afroamerykanów. Walczyli u boku Senegalczyków, spędzając na pierwszej linii frontu najwięcej dni spośród wszystkich oddziałów amerykańskiej armii. Byli pod ogniem wroga przez 191 dni. Legendarną postacią z ich szeregów jest szeregowiec Henry Johnson – przed wojną portier stacji kolejowej w mieście Albany. Zwano go „Czarną Śmiercią”. W maju 1918 roku wspólnie z szeregowcem Needhamem, Robertsonem odparł – w walce wręcz – atak 24 niemieckich żołnierzy, który zapuścili się z patrolem do kontrolowanego przez Amerykanów Lasu Argonne.


Losy Harlem Hellfightes to gotowa fabuła serialu o ludziach walczących nie tylko w okopach, ale zmagających się z uprzedzeniami i nienawiścią ze strony sąsiadów. 369 pułk piechoty formowano w czasach, gdy lincze na czarnoskórych były na porządku dziennym. Prezydent Woodrow Wilson nie odważył się zbrodni publicznie potępić. Czarnych piechurów szykanowano podczas służby i na przepustce. Właściwie traktowano ich jak ludzi niższej kategorii. Napięcie na tle rasowym znajdowało ujście w utarczkach i bójkach. Bary, koszary, ulice – wszędzie tam lała się krew. Ofiary i rannych liczono w dziesiątkach. Doszło do tego, że dowództwo pułku nalegało na to, by jak najszybciej wysłać piechurów do Europy. Mieli służyć pod francuską flagą. O to zabiegali Francuzi, którzy ponosili ogromne straty i prosili Amerykanów o wsparcie. Francja wykorzystała w tym zbrojnym konflikcie doborowe kolonialne dywizje. Piechurów z USA traktowano jak swoich.


Zanim popłynęli do Europy, w 1917 roku żołnierzom 369 pułk piechoty odmówiono udziału w nowojorskiej paradzie. Dowództwo tłumaczyło, że emblematem dywizji Gwardii Narodowej (Rainbow Division), w której skład wchodził pułk, jest tęcza, a w tęczy czerń nie występuje. Dwa lata później – w glorii chwały – Harlem Hellfighters maszerowali na czele parady, wiwatowani przez tłumy nowojorczyków. Realia były jednak brutalne. Czarnoskórych żołnierzy traktowano źle, bez szacunku dla ich dokonań. Do dzisiaj w necie można znaleźć powielane bezkrytycznie bzdury, że Afroamerykanie służyli podczas I wojny światowej tylko w oddziałach pomocniczych. Kopali rowy, rozwozili prowiant i amunicję, grzebali zabitych. Wielu Hellfighterów wyróżniono za ich zasługi wiele lat po ich śmierci.


Nic w tej historii nie jest oczywiste. Formowanie pułku, w którym mieli służyć tylko czarni mieszkańcy Harlemu szło jak po grudzie. Mężczyźni nie garnęli się wojska i munduru. Sytuacja uległa zmianie, gdy do armii zaciągnął się James Reese Europe. Słynny muzyk i multiinstrumentalista ragtime’owy. Grał i prowadził różne orkiestry, współpracując z solistą i kompozytore Noblem Sissle’m. Występowali w najlepszych klubach, domach i salonach: goście wchodzili głównym wejściem, oni – atrakcja wieczoru – drzwiami dla służby. Chore czasy i chore rasistowskie zwyczaje.
Zaciągając się do wojska Reese Europe argumentował, że tylko organizując się i działając Afroamerykanie będą traktowani na równi z białymi. Widział w armii narzędzie walki o równouprawnienie. Sissle poszedł w jego ślady. Założyli pułkową orkiestrę, o której zrobiło się głośno. Podziałała jak magnes, przyciągając nowych rekrutów.

O przebojowej orkiestrze Reese’a Europa zrobiło się głośno we Francji. Niektórzy twierdzą, że band wypromował w Europie ragtime i wczesny jazz. Nie mamy do czynienia z muzykiem, który zadekował się na tyłach. Reese Europa dowodzi pododdziałem karabinów maszynowych. Został ranny podczas niemieckiego ataku, w którym użyto gazu.


Po wojnie z powodzeniem wrócił do koncertowania. Z wojny wyszedł niemal bez szwanku. Miał z przyjacielem Noblem Sisslem wiele ambitnych planów. Zginął 9 maja 1919 roku, w przerwie koncertu, dźgnięty scyzorykiem w szyję przez perkusistę swojej orkiestry. Doszło między nimi do sprzeczki. Ranny Europe nakazał muzykom dokończyć występ. Wykrwawił się i zmarł w szpitalu.


Losy Harlem Hellfighters mają potencjał na miarę tarantinowskiego „Django Unchained”. Warunek jest jeden: niech twórcy trzymają się faktów. Nie muszą kombinować, jak zdarzyło się to w przypadku groteskowych „Bękartów wojny”.

Ta historia ma wszystko, co trzeba: wyrazistych bohaterów, brawurowych i rozkochanych w muzyce, słynną orkiestrę, dynamizm i dramatyzm wojennej zawieruchy oraz duszny klimat rasistowskiej Ameryka. Nasi bohaterowie powrócili z Europy na pewno odmienieni, może trochę silniejsi i bardziej dumni. Za to Ameryka w niewielkim stopniu zmieniła stosunek do nich. Zbyt próżna i ograniczona, by zrozumieć to, co się wydarzyło i tym samym, by docenić swoich bohaterów. Tą próżność widać także dzisiaj, w czasach, których symbolem jest hasło Black Life Matters.