Profil społecznościowy stał się ratunkową szalupą. Człowiek w niej siedzi, macha chorągiewkami i odpala race.

Niektórzy mają do tego smykałkę. Są zauważani. Inni nie i takich często ogarnia desperacja, więc kombinują jak mogą. Większość przepada, znika z horyzontu. Widzę to tak dlatego, że wiele osób wiąże Facebooka z pracą zawodową. Traktuje bardzo serio, co mnie w ogóle nie dziwi. Paru osobom w tych życiowych zabiegach mocno kibicuję. Staram się jednak zachować dystans, patrzeć jak na film. Gdy więc w przyrodzie walczy się byt, w mediach społecznościowych o zasięgi. Tego dotyczą wprost artykułowane apele: pomóżcie, bo spadają mi zasięgi. To myślenie o powiązaniach i dynamikach, które tu wychodzą na plan pierwszy, sugeruje skojarzenie z fabryczną maszynerią, która musi być ciągle pod parą. Dokładna jak w szwajcarskim zegarku. Trochę przygnębiające, bo człowiek przyszedł tu kiedyś przede wszystkim dla fun-u i znajomych.Wiecie, co jest w tym najzabawniejsze? Pewien gość podczas kongresowego przesłuchania zadał szefowi FB pytanie, czy można relacje zbudowane na FB, a więc listę znajomych i posty, sobie zabrać i wykorzystać gdzie indziej. „Owszem”, odpowiedział Mark i przyniósł na kolejne spotkanie dane z profilu faceta wydrukowane w pdf.