Donald Trump znika, przynajmniej na pewien czas. Od kiedy zabrano mu konto na Twitterze zdecydowanie przycichł. Pozostaje trumpizm wyznawany przez miliony Amerykanów święcie przekonanych, że skradziono im wybory i państwo. Przez jak długi czas ruch, zbudowany na resentymencie, będzie miał znaczenie?

Dużo zależy od tego, jak z toksyczną spuścizną po najdziwniejszym prezydentem we współczesnej historii USA poradzi sobie Partia Republikańska. Właściwie jest pęknięta. Czy tylko na pół? Warto przyglądać się temu pęknięciu i zamiast słuchać politycznych komentatorów zarezerwować trochę czasu na śledzenie polemik wśród Republikanom.
Taką osobą, na którą należy zwrócić uwagę jest 48-letni Ben Sasse, senator (GOP) ze stanu Nebraska – zaprzeczenie konserwatywnego senatora Teda Cruza. Oto dwie postacie, które prezentują skrajne skrzydła Grand Old Party.

Poniżej fragment artykułu napisanego przez Sasse’go dla magazynu The Atlantic.

Jeśli GOP ma mieć przyszłość wychodzącą poza ramy majaków trolli internetowych, musimy jednoznacznie wypowiedzieć się na temat fałszu i teorii spiskowych. Musimy odrzucić ludzi, którzy szerzą te kłamstwa.

Sposób, w jaki Amerykanie konsumują i tworzą wiadomości – lub to, co za nie uchodzi w dzisiejszych czasach – prowadzi nas do szaleństwa. Akcentowano to wielokrotnie, ale w ciągu ostatnich pięciu lat problem się pogorszył. Po stronie podaży media odkryły, że podkręcenie polaryzacji zwiększa liczbę kliknięć, mrugnięć okiem, zwiększa przychody. Jeśli chodzi o popyt, czytelnicy i widzowie wolą, aby ich opinie były potwierdzane, a nie kwestionowane. Kiedy wszyscy są oburzeni, wszyscy wygrywają – przynajmniej na krótką metę.

/…/

Wiele osób, które pomstują na nieznajomych na Twitterze, nie zna swoich lokalnych urzędników ani nawet sąsiadów po drugiej stronie ulicy. Utrata zakorzenienia i autorytetu instytucjonalnego otworzyła drogę dla prawicowych i lewicowych populistów. To nie przypadek, że w 2016 roku miliony Republikanów zawierzyło człowiekowi, który przez prawie całe życie był demokratycznym wyborcą i darczyńcą, a miliony Demokratów chcieli prezydenckiej nominacji dla senatora, który stanowczo odmawiał przyłączenia się do ich partii. Po obu stronach powiedziano konwencjonalnym politykom: straciliście na znaczeniu.

/…/

Gniew skierowany dziś na główne platformy internetowe – zwłaszcza Twitter, Facebook i Google – jest po części konsekwencją zaniku tradycyjnej władzy politycznej. Czasami celowo, a czasem nieumyślnie, Amerykanie powierzyli kluczowe elementy życia politycznego molochom z Doliny Krzemowej, które nie zostały zaprojektowane, ani też nie mają takowych kompetencji, by pełnić rolę przypisane władzy publicznej. Niepowodzenie naszych tradycyjnych instytucji politycznych i tradycyjnych mediów, rozumianych jako przestrzeni dla prawdziwej rozmowy politycznej, stworzyło próżnię wypełnioną teraz przez gigantów mediów społecznościowych, którzy jeszcze gorzej radzą sobie z tym wyzwaniem.


Sen. Ben Sasse, warto zapamiętać to nazwisko.