Lou Reed nie żyje. David Byrne ma się dobrze. Patti Smith pisze, Iggy Pop nagrywa. A co z Johnem Lourie? Powraca po latach jako narrator telewizyjnego cyklu „Maluj z Johnem”. Ten John Lurie? Ikona nowojorskiej no wave, lider legendarnych Lounge Lizards, przyjaciel Jimiego Jarmuscha? Owszem, ten. Maluje obrazy. Mówi, że uratowały mu życie.

Muzyk, aktor, kompozytor, oryginał sporego kalibru. Biografia Johna Luriego to szafa pełna książek różnych gatunków; nie tylko literatury faktu. Liderując Lounge Lizards pokazał, na czym polega granie jazzu w czasach no wave i punk. Razem z Jimim Jarmuschem („Nieustające wakacje”, „Inaczej niż w raju”, „Poza prawem”) wywrócił myślenie o kinie. Grając w duecie z Roberto Benigninim, doczekał się szczególnego uznania z jego strony. „Bardzo duży aktor i muzyk, którego wszyscy na świecie znają. . . ktoś pomiędzy Rayem Charlesem i Brigitte Bardot” – komplementował go włoski aktor.


John Lurie odłożył saksofon i wycofał się z muzycznego życia około 2002 roku. Powaliła go tajemnicza neurologiczna choroba. Jak wspomina, różni lekarze – diagnozujący jego stan – dawali mu rok życia. Dziś twierdzi, że zaniemógł z powodu boreliozy. Nie grał, zajął się malowaniem obrazów. Wkrótce wpadł mu do głowy pomysł, aby o tej odkrytej na nowo pasji kręcić krótkie filmy i publikować na Instagramie. Pomysł rozwinął się w cykl dzięki współpracy z artystą wizualnym Erikiem Mockusem. W domowym zaciszu, bez presji i prawie bez budżetu, pracowali nad czymś, co emituje od piątku HBO Max.
Lurie zastrzega, że nie zależy mu na uznaniu i wyjątkowości, choć trudno w to uwierzyć, patrząc wstecz na jego artystyczne i życiowe zmagania z sobą i innymi. O tym będzie więcej, tu tylko przytoczę jego słowa, które pojawiają się w trailerze „Painting with John”: malować może każdy.

Malarz Lurie jest samoukiem, lecz nie jest dyletantem. Wyrazistość stylu, warsztatowa biegłość przypadły do gustu krytykom. Opinie nie są rodzajem kurtuazji względem znanego muzyka, którego trzeba zmotywować i docenić, gdy z przymusu przestaje grać i bierze do ręki pędzel oraz farby. John Lurie ma w dorobku wystawy i aukcje. Jego dzieła osiągają cenę kilkudziesięciu tysięcy dolarów. „Próbuję myśleć. Proszę, bądź cicho” to tytuł jego warszawskiej ekspozycji zorganizowanej latem 2015 roku przez stołeczną Zachętę.

Nie byłoby filmowego malarskiego cyklu, gdyby nie powodzenie, a może kulturowa sława, puszczanej w amerykańskiej kablówce serii pt. „Fishing with John”. Wieść niesie, że program – wydany na kasetach w latach 90. – cieszył się sporym powodzeniem w Japonii.
Koncepcja „Fishing with John” narodziła się przypadkowo, a może też była efektem zaplanowanej improwizacji. Po noworocznym koncercie John Lurie wybrał się na ryby z Tomem Waitsem. Dołączył do nich wspólny znajomy, który uwiecznił spotkanie nad wodą na taśmie VHS. Nagranie ma specyficzny klimat – Waits i Lurie zachowują się jak paru znudzonych sobą gburów. Inne odcinki – choć przemyślane na użytek telewizji – też zawierają pierwiastek absurdu. Lurie wędkuje np. z Williamem Dafoe, Flea’ą (basistą Red Hot Chilli Peppers) albo Mattem Dillonem. Ten z kolei narzekał, że wyszedł w nagraniu na dupka. John ripostował w swoim stylu: „Kolego, to nie ja za to odpowiadam. To Bóg”.

Cykl „Painting with John” to one man show: John Lurie plus akwarele, oleje, grafiki. Nie usłyszymy żadnych dialogów rodem z filmów Jarmuscha, jak przypuszczam. To malarstwo emanuje zawaluowanym surrealizmem. Bywa zabawne i melancholijne. Kontury postaci tracą na ostrości otulone ciepłymi barwami i wydają się sugerować, że mamy do czynienia z powidokami snów. Lurie w sposób biegły łączy prymitywizm, ekspresjonizm, abstrakcjonizm. Jest w tym dla mnie przekonywujący. Niektóre prace zostają w głowie na dłużej. No i tytuły. John Lurie sporo poświęca im uwagi. Spójrzcie na obraz z 2009 roku.

Egyptian on a train. He doesn’t have a bomb. Sorry”, Medium: Oil on Linen, Date: 2009, Size: 84X64 centimeters

Z kolejnym obrazem pt „Surprise” wiąże się popularność Luriego wśród rosyjskich internautów. To płótno stało się memem: słowo „surprise” Rosjanie chętnie zastępują powiedzeniem „priviet” czyli „cześć”.

Sometimes the titles are too funny and I have to change them because people won’t notice the paintings.

Oto cały Lurie. W pewnym wywiadzie opowiada, że zakładając wytwórnię płytową był o krok od tego, by ją nazwać „I’m Naked”. Wyobrażał sobie, co będzie, jak ktoś dzwoniąc do niego usłyszy w słuchawce: I’m naked! Can I help you?


Malowanie – jak twierdzi Lurie – uratowało mu życie. Czy jest w tym przesada? Dobrze wiodło mu się w latach 90. Skomponował wówczas temat przewodni popularnego cyklu “Late Night” Conana O’Briena, potem zgarnął nominacje Grammy za muzykę do “Get Shorty”. Zatem zarabiał na komponowaniu muzyki i tantiemach.

W latach 80 był wyrazistą postacią nowojorskiego undergroundu. Arogancki, charyzmatyczny, żartobliwy. Nikomu nie zamierzał czapkować. Wszędzie było go pełno. Przyciągał do siebie ludzi. Basquiat nocował u niego w domu, śpiąc pomiędzy instrumentami Lounge Lizard na podłodze. Lurie opowiada, że „kid” (tak mówi o Basquiacie) wypytywał go, jak zostać sławnym i zatrzymać przy sobie dziewczynę. Wspomina z sentymentem, że zagrał na pogrzebie malarza, choć nie został na uroczystość zaproszony. Ma żal, że Basquiat ograniczył z nim kontakty – gdy z biednego stał się sławny, zarabiał na obrazach, a nowojorska śmietanka zabiegała o jego towarzystwo.


Lounge Lizards zrodzili się z młodzieńczej energii i niechęci do tradycyjnego jazzu. Lizardowcy ostentacyjnie kreowali się na jazzmanów, ubierali w stare garnitury z second handów. Grali w punkowym C.B.G.B i no wave’owej Danceterii. To, co na początku było zgrywą zaczęło jednak wyglądać poważnie. W szczytowym okresie popularności zarabiali 35 tys. dolarów tygodniowo. Na sprzedaży płyt nie zbijali kokosów; nakłady sięgały 50 tys. sztuk. Radio ich nie grało, telewizja nie potrzebowała: byli zbyt nieprzewidywalni. Ich koncerty uchodziły za wyjątkowe. Atmosferyczne. Lurie raczyć publiczność absurdalnymi historyjkami. Np. o mieszkańcach Madagaskaru, którzy są zrobieni z gumy.

Zawsze znajdował przyjemność w wymyślaniu i dzieleniu się dziwnymi historiami. Kiedyś podzielił się i takim wspomnieniem, że gdy był dzieckiem, opowiedziano mu o człowieku, który 10 razy dziennie podnosił małą krowę, a gdy krowa rosła, mężczyzna stawał się coraz silniejszy. Mogła pochodzić od mojego taty, który zawsze opowiadał takie głupie historie – zwierzał się Lurie dziennikarzowi „Washington Post”

Psychodeliczne epizody też się Luriemu zdarzały. Niektóre zabawne, inne szokujące. Muzyk nawalony kokainą spędził kilka godzin w schowku na szczotki z szefem słynnego klubu 54. Innym razem, odurzony, podpalił na sobie ubranie i wylądował w szpitalu. Kiedy indziej nagi ganiał po klubie z samurajskim mieczem. Przyznaje się, choć zdawkowo, do problemów z heroiną.

Zawsze był pomysłowy. Gdy w pierwszej klasie nauczycielka poprosiła go, by wskazał, za co jest wdzięczny, napisał: Jestem wdzięczny za szkielet, mózg i słońce. Pytany, jak poznali się jego rodzice, mówił, że podczas gry w szachy lub na spotkaniu Partii Komunistycznej. Wspólnie z bratem, co rusz wymieniali się wersjami, więc jak było naprawdę, nie wiadomo.


Przyjechał do Nowego Jorku w 1978 roku. Łazienkę w wynajętym mieszkaniu zamienił w salę prób. Płacił za nie 55 dolarów miesięcznie. Pewien procent tego, co otrzymywał regularnie od opieki społecznej. Zgłosił się do niej, twierdząc że ma problemy psychiczne. Słyszę głosy, które za mną wołają – wyjaśnił we wniosku.


Mając 50 lat John Lurie de facto zniknął z Nowego Jorku. Na sześć lat zaszył się w swoim apartamencie w Soho, walcząc z chorobą, która, jak twierdzi, niemal doprowadziła do jego śmierci. Z tego okresu pochodzi zadziwiający, niejasny do dzisiaj, wątek ucieczki przed stalkerem, młodym artystą. Rozpisywały się o tym media, co tylko doprowadzało Luriego do złości. Jego zdaniem dziennikarze przekręcają historię i dają wiarę prześladowcy. Uciekając przed nim Lurie wyjechał do Kalifornii. Zamieszkał u Flei. I tam mu się nie układało, więc wyprowadza się do Turcji. Dziwne tournee po USA i Turcji daje się mu we znaki. Śpi z pałką ninja i gazem pieprzowym – relacjonował „New Yorker” opisujący epizod ze stalkerem.


Chcąc uwolnić się od neurotycznego wielbiciela, Lurie płaci 21 tysięcy dolarów Billowi Stantonowi, „ekspertowi ds. bezpieczeństwa” zatrudnionemu przez redakcję sztandarowego programu telewizyjnego „Good Morning America”. Ten z prześladowcą się zaprzyjaźnia. W 2011 roku artysta oskarżany o bycie stalkerem rozpoczyna strajk głodowy na znak protestu, oskarżając „New Yorkera”, że go szkaluje w artykułach. Komentując ten fakt, Lurie stwierdza: He’s conducting a hunger strike a half block from my house to prove he’s not a stalker. Kolejny motyw wyjęty jak z filmowego scenariusza. Jeśli nie Jarmuscha to braci Coen. Nie wiem, czy historia ma ciąg dalszy.


Nie mam też pojęcia, kiedy „Painting with John” obejrzymy w Polsce. Update: właśnie pierwszy odcinek jest na HBO GO.

John Lurie ma tu sporo wielbicieli. Na razie wróciłem, po latach, do ulubionej płyty Lounge Lizard – „Voice of Chunk” z 1988 roku. Mniej ryzykowna i mniej drapieżna od debiutu. Ktoś napisał, że to grzeczna płyta, ale jeśli to prawda, to chyba tylko dlatego, że chodził na koncerty Lounge Lizard w latach 80. Mnie pozostaje obejrzeć – jakimś cudem zamieszczony na YouTubie – zapis koncertu jaszczurów w Hali Kongresowej podczas Jazz Jamboree w 1992. Gdyby ktoś grał tak samo teraz, uznano by go za mistrza.