Z pozoru to oczywiste: jestem za celebracją życia, zaś oni celebrują śmierć. Jednak, aby zrozumieć myślistwo trzeba się zagłębić także w przeszłość i próbować zrozumieć myśliwską więź z przyrodą, która, jeśli rzeczywiście istnieje, to jest toksyczna.

Pewnie nie doczekam czasów, kiedy myśliwi będą ginącym zawodem. „Tato, czy mogę zrobić sobie zdjęcie z tym staruszkiem w czapce z piórkiem i metalową rurką?”
Spodziewam się trendu odwrotnego: skołowany człowiek – nękany egzystencjalnymi wątpliwościami – będzie chętniej sięgał po radykalne metody przebudowywania problematycznej tożsamości. Spójrzcie, co wyprawiają faceci słuchający rozmaitych guru, coachów i trenerów personalnych od nowej męskości. Niektórzy, sięgną więc po sztucer z lunetą, uwiedzeni opowieściami o pierwotnych doświadczeniach, które umacniają poczucie własnej wartości i pompują ego.


Myśliwi afirmują siebie, zabierają innym życie. Oto w tym wszystkim chodzi. Kiedyś władca, rycerz, arystokracja, mąż stanu, szlachcic. Dziś aptekarz, właściciel firmy transportowej, menadżer, policjant, radny, poseł, księgowy. Zmieniają się figury, ale istota doświadczenia jest ciągle taka sama. Wokół niej zbudowano aktualny zbiór praktyk, który składa się ze specyficznych rytów, obyczajów, zachowań, estetyki, celebry, symboliki i języka.

Bycie myśliwym wiąże się z inicjacją, a więc pociąga za sobą wtajemniczenie i lojalność wobec wtajemniczających.

Od przystępującego do grona polujących oczekuje się, że będzie powtarzał to, co uchodzi za kanon. Kanon jest niezmienny, jakby wywodził się z innego, wyższego porządku, do którego nikt nie ma już dostępu i nie można go zanegować, chyba że przestanie się być myśliwym. Wyłom zawsze jest indywidualny, w myślistwie nie ma heretyków ani herezji. „Panowie, strzelamy tylko do dzików. Od dziś oszczędzamy zające”.


Mamy do śmierci stosunek szczególny – zakrywamy zwłoki, chroniąc je przed postronnymi oczami. Zakrywamy ciało z szacunku dla zmarłego i z obawy przez zgorszeniem i zwielokrotnianiem cierpienia. Natomiast myśliwi swoje ofiary eksponują, zdobią gałązkami. Fotografują się na tle zabitych zwierząt jakby zdawali światu relację z czynu, który ich uwzniośla – czyni wyjątkowym i dowodzi szczególnych umiejętności. Przed zarzutem o ewidentny nihilizm i tym, że mamy do czynienia z wulgarną celebrację śmierci, chroni ich specyficzny język i nieustanne odwoływanie się do tradycji. Poczucie niestosowności, odrazy, smutku, rozbrajane są na poziomie pojęć i symboli. Śmierć nie potęguje więc wrażenia chaosu, lecz podkreśla porządek.
Można protestować i zarzucać myśliwym fałsz lub uleganie alienacji. „Nie macie pojęcia, co robicie. Jak tak można!?” Stawianie pod pręgierzem krytyki nie odniesie większego skutku, bo tarcza, która chroni myśliwego przed ostracyzmem odbije każdy etyczny i racjonalny argument. Przecież myśliwy nie robi nic niestosownego, kultywując odwieczną tradycję. Jest elementem prastarego porządku, a jego częścią jest zabijanie.
Można w owej deklaracji bukolicznej niewinności doszukać się elementów myślenia magicznego i religijnego; wkraczamy na teren, gdzie nie wszytko daje się zwerbalizować. Czy potrafimy bowiem oddać słowami moment uśmiercania żywej istotę i to, co wówczas czujemy? Każde tego rodzaju doświadczenie pozostaje indywidualne, nawet gdybyśmy uznali, że na poziomie biochemicznym we wszystkich przypadkach zachodzi ten sam ciąg procesów: pobudzenia, szoku, ekscytacji i wyładowania. Jednakże przynależy się do bractwa, które wypracowało metody przekuwania jednostkowych przeżyć w spójną zbiorową tożsamość. To przynależność do grupy – i to wszystko, co z uczestnictwa w niej wynika – ma znaczenie. Dlatego grupa myśliwych, skonfrontowana z przeciwnikami polowań wyjdzie z tego spotkania skonsolidowana, a nie nękana rozterkami.

Poczucie ciągłości i spójności jest na wagę złota. Myśliwym zależy na tym, by w polowaniach brały udział dzieci. Zgoda na ich uczestnictwo jest najmocniejszą formą legitymizacji i gwarancją, że tradycja będzie kontynuowana. Dzieci się oswaja z tym, co rzekomo jest nieuchronne. Cóż w tym jest niewłaściwego? – zapyta łowczy i doda: możesz iść z dzieckiem na spacer, wycieczkę rowerową lub do kina, zabierz je więc na polowanie.

Jest to rodzaj perfidnej, acz skutecznej manipulacji: praktyka, która powinna być uznana za tabu, zostaje włączona do zbioru niewinnych form spędzania wolnego czasu.


Wreszcie, myślistwo jest rozrywką i przywilejem – dla wybranych. Przynajmniej taką ma ponętną aurę wyjątkowości. Wieki temu pan mógł sobie pofolgować polując z nagonką, chłopom pozostało kłusownictwo, za które karano śmiercią. Warto o tym pamiętać, dostrzegając w myślistwie elitarny rys.

Można zapytać myśliwych, czy realizują ważny interes społeczny, a ich profesja to misja. Przypuszczam, że nie mieliby nic przeciwko temu, by tak ich opisywać. Zapewne będą mówić o miłości do przyrody, ale zważywszy jak bardzo jest to miłość krwawa, należałoby im zwrócić uwagę, że powinni zastanowić się nad jej toksycznością.
Nie ma co się łudzić, że przesiadywanie na ambonie zastąpią leżeniem na terapeutycznej kozetce. Inicjacja w myślistwo zawsze jest monodramatem, tak jak wyjście z niego, czasem epifaniczne – bo wiążące się z olśnieniem, co pokazują pamiętniki tych, którzy porzucili krwawą profesję. Trudno jest ten moment transformacji przewidzieć. Oby było go jak najwięcej, więc choćby z tego względu myśliwym kibicuje.